Opowiadanie frazeologiczne

Marek wybierał do szkoły się jak sójka za morze. Na pierwszej lekcji był sprawdzian, patrzył więc w test jak cielę w namalowane wrota, lecz miał ściągę i wystrychnął nauczyciela w dudka. Uważał, że szóstka należy się mu jak psu zupa. Po dzwonku chodził po korytarzu jak błędna owca, a po przerwie uciął sobie nawet komara, w wyniku czego pani wzięła go do odpowiedzi. Nic nie wiedział, więc plótł jak papuga. Przez resztę lekcji patrzył na nią wilkiem.
W końcu nadeszła pora WF. Wszyscy się bali grać z Markiem w zbijaka, gdyż był silny jak tur. Przymilał się jednak pani (takie końskie zaloty), dlatego był jej ulubieńcem. Wuefistka była też wychowawczynią, więc pod koniec lekcji kazała wszystkim wpłacić po 10 zł na wyjście do opery, ale Marek nie dał, gdyż miał węża w kieszeni.
Na języku polskim chłopiec miał wymienić pięć frazeologizmów ze słowem pies, a były to: pieskie życie, psia pogoda, schodzić na psy, psie pieniądze. Napisał je w ślimaczym tempie, a ostatniego  nie mógł wymyślić. Chodził do klasy humanistycznej, ale pasował do niej jak wół do karety, ponieważ był słaby z polskiego.
Po lekcjach klasa udała się do opery na przedstawienie pt. „Pchli targ”. Wszyscy ubrali się elegancko oprócz niego, wyglądał jak strach na wróble. Całe szczęście był tak zaciekawiony spektaklem, że gapił się na aktorów jak sroka w kość.

                                                                       Szymon Łukaszewski i Jędrzej Swarcewicz kl. 3eg