Być jak Alfred Hitchcock

Nie tak dawno temu podczas przeglądania wiadomości ze świata filmu natrafiłem na ciekawą informację: znany mi samozwańczy mistrz romantycznych thrillerów, który zgłosił swoją prezentację w PowerPoincie do Oscarów i przyjechał z animowanymi GIFami do Sundance, zabiera się za kolejny film. Oj tak, jeszcze tego było mi trzeba w 2020 roku.
Nie wiem, czy tylko ja tak mam, lecz jest coś takiego w reżyserach bez talentu,co sprawia, że chcę oglądać każdy ich film. Chociażby taki Tommy Wiseau, który prawie dwadzieścia lat temu trwale zbezcześcił zawód aktora i reżysera w swoim magnum opus The Room; w przyszłym roku wydaje swój film o morderczym rekinie, którego po prostu nie mogę się doczekać. Albo Neil Breen, największy megaloman w historii kina, który zaczął niedawno kręcić kolejny beznadziejny film o tym, że jest bogiem, a politycy są źli; dla mnie to będzie pozycja obowiązkowa. No i jest jeszcze on. James Nguyen, największe beztalencie z całej trójki, na którego najnowszą produkcję czekam najbardziej ze wszystkich.
Nigdy nie miał łatwo. Urodził się w Wietnamie podczas wojny ze Stanami Zjednoczonymi, do których wyjechał w wieku dziesięciu lat. Podczas gdy rodzice ciężko pracowali, aby móc przeżyć, James jako dziecko oglądał stare filmy w telewizji. Jego idolem szybko stał się Alfred Hitchcock, a ulubionym filmem – Ptaki. Chciał być taki jak on; tworzyć filmy, które fascynują i przerażają jednocześnie. Stało się to jego nowym celem w życiu. Marzenia zaczął spełniać dopiero po trzydziestce, kiedy to założył firmę Moviehead, wpierw internetowe kino, a później studio filmowe. W końcu James był spełniony, w końcu mógł tworzyć filmy, w końcu świat mógł o nim usłyszeć. I co z tego wyszło?
Ano nic. Jego dwa pierwsze filmy, Julie&Jack i Replica, były według Nguyena innowacyjnym romantycznym dreszczowcem. A czym były naprawdę? Ani romansem, ani tym bardziej dreszczowcem. Ale innowacyjności nie można tym dziełom odmówić. Nikt wcześniej tak bardzo nie rozumiał, jak robi się filmy niż James. Jednak dopiero trzecia produkcja ukazała pełnię możliwości reżysera. Chcąc oddać hołd swojemu idolowi z dzieciństwa, Alfredowi Hitchcockowi, chciał nakręcić remake jego kultowego filmu o krwiożerczych ptakach. Ponieważ filmy Nguyena były klapą finansową i nie stać go było na prawa do marki, James musiał co nieco pozamieniać, aby nikt nie mógł go posądzić o złamanie praw autorskich.
I tak oto powstała Ptakodemia: Szok i Terror. Ten całkiem dosadny podtytuł doskonale oddaje emocje, które odczuwa widz, który nie był gotowy na coś takiego. Operator nieumiejący utrzymać stabilnie kamery przez dłużej niż pół minuty, dźwiękowiec niepotrafiący zsynchronizować obrazu z dźwiękiem, aktorzy wypadający beznadziejnie nawet z cyfrowymi brzozami z filmu Smoleńsk i crème de la crème – efekty specjalne, największy obraz nędzy i rozpaczy. Na nakręcone wcześniej sceny James wkleił GIFy z ptakiem w niskiej jakości machającym skrzydłami w górę i w dół, a następnie dodał dźwięk imitujący (słowo klucz) ptaka o natężeniu niemal przekraczającym próg bólu dla człowieka. A po skończeniu swoich prac jakby nigdy nic zgłosił swój film na słynny festiwal filmowy Sundance, na całe szczęście bezskutecznie. Mimo tego Ptakodemia okazała się tak beznadziejnym filmem, że ludzie zaczęli ją oglądać masowo i stała się dziełem dziś kultowym. Sukces okazał się tak ogromny, że trzy lata po premierze powstał sequel, Ptakodemia: Wskrzeszenie. I okazała się jeszcze gorsza niż pierwsza część. Tym razem nawet włosy operatora potrafiły nieraz zasłonić obraz kamery, a James nic z tobiez tego nie robił. Druga Ptakodemia z miejsca została ogłoszona z miejsca najgorszym filmem wszech czasów, nie zarobiła jednak tyle na siebie, aby był sens tworzyć kolejne części. Do czasu.
Mamy rok 2020. Sytuacja nie za ciekawa, nie tylko w kontekście zdrowotnym, politycznym, ale także i kulturowym. Zgadliście. James Nguyen ogłosił, że ruszaz produkcją Ptakodemii III: Morski orzeł. Nic już nie będzie takie samo.

B.A. II E_G