Czy kryteria moralne zależą od czynników zewnętrznych?

Problematyka moralności była, jest i zawsze będzie kwestią niezmiernie ważną dla ludzkości. Człowiek bowiem nie tylko działa, ale zadaje sobie pytania o sens swoich działań, ich znaczenie i konsekwencje. Pyta o to, czy są one dobre, czy może złe. Tak też przez lata tworzy reguły obowiązujące w swojej grupie, by społeczeństwo mogło funkcjonować jak najlepiej. Tak, jak zmienia się świat, tak również moralność przechodzi nieustannie swoją przemianę. Jednak, wraz z wybuchem II wojny światowej w 1939 roku, nadszedł koszmar, o którym żaden z etyków czy filozofów nie śmiałby nawet śnić. „Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach” – napisał w Innym Świecie Gustaw Herling-Grudziński i myśl ta będzie zawsze stała w obronie przed oskarżeniami współczesnego świata. Nikt nie powinien oceniać ludzi z czasów wojny, jeśli sam nie dzielił ich losu, ponieważ człowiek wolny nigdy nie zrozumie w pełni tego, co leży na sercu ludzi zniewolonych.

Europa nieustannie toczyła swe wojny – od zmagań plemiennych, wiecznie żywych Termopilów, podbojów Aleksandra Wielkiego i późniejszych wojen punickich, poprzez krucjaty i kolonizacje, kończąc na wstrząsającej I wojnie światowej – jednak jeszcze nigdy w swoich dziejach człowiek nie zaszedł tak daleko. Wszechobecna bieda, zniszczenie i rozpacz narodu niemieckiego po wydarzeniach z 1918 roku zostały wykorzystane w przemówieniach nacjonalistycznych mówców doskonale znających potęgę manipulacji psychologicznej. Poczucie porażki, dobrze przemyślana ideologia i skonkretyzowany przeciwnik, w połączeniu z rozwojem techniki i przemysłu ciężkiego, skutkowały tym, że w przeciągu zaledwie paru lat więzienia dla wrogów politycznych zmieniły się w zorganizowane obozy zagłady. W tym też czasie dyplom z uczelni wyższej stał się pretekstem dla wyroku śmierci, ciężarówki z namalowanym na boku czerwonym krzyżem przewoziły śmiertelnie trujący cyklon B, a lekarzom bardziej opłacało się zabić pacjenta niż go wyleczyć. Świat zmienił się drastycznie. Jak więc mieli zachować się zwykli ludzie, których kodeks moralny nie przewidywał bydlęcych wagonów, baraków i krematoriów? Nikomu nie przyszło przed tym na myśl, by napisać poradnik, jak być dobrym człowiekiem w obliczu ludobójstwa.

Jest to jednak dla wielu ludzi współczesności niepojęte. Zbyt łatwo przychodzi nam ocenianie. Od zawsze nasza kultura pędziła w pogoni za mitycznością, bohaterami bez skazy i wzorcami osobowymi równie pięknymi, co nieprawdziwymi. Wielokrotnie wytykał tę przypadłość Marek Edelman w książce Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem. Nierzadko nawet nieświadomie tworzymy w głowach wizerunki nieustraszonych powstańców, nieugiętych przesłuchiwanych, patriotów walczących do samego końca, kapłanów ani na moment niewątpiących w potęgę Stwórcy oraz lekarzy i pielęgniarek leczących bez chwili wytchnienia nawet tych, którzy są już na łożu śmierci. Takie historie nas ekscytują. Nie można tego powiedzieć o licznych sytuacjach w getcie, które beznamiętnie wspominał doktor Edelman. Dziewczęta z ambulatorium pod pieczą Luby Blumowej w swych pięknych, białych fartuchach i nakrochmalonych czepkach uchodziłyby za wzór cnoty godnej uznania współczesności, gdyby tylko nie łamały nóg zdrowym ludziom. Udowodnienie choroby lub niedyspozycji było jedynym ratunkiem przed wyciągnięciem na Umschlagplatz, co było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Dlatego też nie sposób ocenić zachowania tych kobiet – nie można powiedzieć, że były złymi ludźmi, ponieważ swoim działaniem uratowały życie wielu współmieszkańcom getta. Z drugiej strony do kanonu świętych w ujęciu współczesnej cnoty nie mogłyby dołączyć, gdyż działały na szkodę drugiej osoby. Takie kontrowersje nie przystają do wzorca mistycznych historii wartych wspominania.

Podobnie przedstawia się sytuacja Frani, o której opowiada Hannie Edelman. Tu nie sposób nie wspomnieć o wiecznie obecnej w naszych umysłach postawie człowieka, który idzie w ogień ramię w ramię ze swoimi bliskimi lub ludźmi kompletnie jemu obcymi. Owszem, nierzadko zdarzały się realne osoby, które dopuściły się takich heroicznych czynów, jak chociażby Janusz Korczak odprowadzający dzieci na Umschlagplatz i wsiadający z nimi do wagonów, Maksymilian Maria Kolbe, który dobrowolnie poszedł na śmierć w miejsce współwięźnia czy wspomniana w Zdążyć przed Panem Bogiem Pola Lifszyc biegnąca ostatkiem sił, by dogonić tłum wchodzący do wagonu i stanąć u boku matki. Miała szanse opuścić getto i wieść spokojne życie, a mimo to wybrała śmierć u boku rodzicielki. Przy tak odważnych czynach zachowanie Frani jest w mniemaniu niektórych mało szlachetne, a wręcz egoistyczne. Decyzją gminy żydowskiej otrzymała „numerek” chroniący ją przed wywiezieniem do obozu, jednak przywilej ten nie obejmował jej siostry oraz matki. Umysł współczesnego człowieka, który na zmianę zapełnia się mityzowanymi biografiami i jeszcze mniej realnymi wizerunkami w kulturze masowej, sam podpowiada nam, co powinna zrobić w tej sytuacji Frania – oddać numerek komuś innemu i razem ze swoją rodziną iść bez słowa sprzeciwu na śmierć. Być może i w jej głowie zrodziła się podobna myśl, którą postanowiła zignorować. Jednak czy przysługuje nam prawo oceniania wartości jej życia? Przecież jest ono równie ważne co życie matki i siostry. Dlaczego miałaby z niego ot tak zrezygnować? Ukojeniem dla „zranionych serc” jest informacja o jej późniejszych, szlachetnych czynach, jednak nawet bez nich, nawet gdyby nie uratowała tych kilkunastu osób, nadal miała prawo walczyć o swoje życie. Niewątpliwie rodzina ta przeżywała ogromne rozterki, w które Edelman po prostu nie chciał się zagłębiać, zdając relację z właściwą sobie zdawkowością.

Odwieczny kult rodziny nie jest rzeczą złą, gdyż symbolizuje pewne, ważne dla człowieka wartości, jednak mimo wszystko bywa on raniący. Szczególnie, gdy próbuje się te same wartości wytykać ludziom, których prawa zostały złamane, a moralność obrócona przeciwko nim. Tadeusz Borowski w jednym ze swoich opowiadań Proszę państwa do gazu opisał jeden dzień z pracy Kanady, czyli grupy więźniów zajmujących się wyładowywaniem wagonów z nowoprzybyłymi do Auschwitz. Wielokrotnie był świadkiem ludzkich dramatów, które toczyły się na rampie podczas rutynowej selekcji mającej na celu odseparowanie starców, chorych i najmłodszych niezdolnych do pracy od tych, których zdrowe ręce jeszcze długo przysłużą się III Rzeszy. Wielu z nich nie było świadomych tego, że niebawem naziści zamkną ich nagich w komorze, uduszą gazem i wyrzucą ich bezwładne ciała do pieców krematoryjnych. Wyrok śmierci zapadał także na kobiety z dziećmi i ten sam los miał spotkać bezimienną bohaterkę opowiadania Proszę państwa do gazu, która nie przyznawała się do swojego dziecka, by ratować własne życie. Współczesność nie nazwałaby jej prawdziwą matką, która w myśl utrwalonego w naszych głowach wzorca jest kobietą czułą, troskliwą oraz kochającą ponad wszystko. Ona nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Obelga „wyrodnej matki”, która padła z ust Niemca, była dla niej gorsza od splunięcia w twarz. Uczył ją moralności ten sam człowiek, który sprawował nadzór nad obozem, gdzie tysiące zagłodzonych, pozbawionych domu Żydów wyło z rozpaczy i jak zwierzęta wyrywało sobie z rąk rzucane przez nazistów ochłapy chleba. Czy miała prawo tak zrobić? Chciała porzuć dziecko, by ratować siebie. Nie sposób powiedzieć, czy było to zachowanie dobre, czy złe – w końcu oba te życia były równie wartościowe, więc dlaczego miała zrezygnować z własnego, jeśli będąc sama, miała większe szanse na przeżycie? Nie możemy tego oceniać, ponieważ nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć naszych własnych działań w podobnej sytuacji. Śmiem sądzić, że gdyby tej samej kobiecie parę lat wcześniej zadano pytanie, czy byłaby zdolna zostawić swoje dziecko, by uratować własne życie, zapewne oburzyłaby się o podobne insynuacje. Wojna zmienia ludzi.

Auschwitz było jednym z tych miejsc, do których, jak się mówiło, nie sięgał Bóg i jego nauki. Był to inny świat i więźniowie także zdawali sobie z tego sprawę. Na długo pozostaną w mojej głowie słowa doktor Giselli Perl, więźniarki obozu, późniejszej autorki autobiograficznej powieści Byłam lekarką w Auschwitz, która doczekała się dość dobrej ekranizacji pt. „Powstali z popiołów”. Jako młoda lekarka przysięgała walczyć o życie pacjentów i nigdy nie działać na ich szkodę. Nawet będąc w obozie, pragnęła nieść pomoc chorym, dlatego też zgłosiła się do pracy w „lecznicy”. Jak się później okazało, „lecznica”, nie miała nic wspólnego ze szpitalem, a plotki o nieludzkich praktykach jej przełożonego, doktora Josefa Mengele, który bez znieczulenia eksperymentował na ciężarnych pacjentkach i płodach, okazały się być prawdziwe. Gisella nie chciała, by jakakolwiek kolejna kobieta trafiła pod nóż nazisty, lecz w obozie nie miała praktycznie możliwości sprzeciwu. W tajemnicy przeprowadzała więc aborcje, w większości w okropnych warunkach, przy braku leków i profesjonalnych narzędzi. Około tysiąca kobiet nie doczekało się potomstwa, jednak mogły one żyć dłużej i jeśli udało im się doczekać wyzwolenia, powrócić do normalnego życia oraz na powrót założyć rodzinę. Gisella miała na rękach krew tysięcy płodów lub noworodków. Z tego powodu nigdy nie uwolniła się od nocnych koszmarów, a straszna przeszłość odcisnęła swe piętno, przez co Perl miała ogromne trudności z uzyskaniem obywatelstwa amerykańskiego i pozwolenia na wykonywanie zawodu lekarza. Postawiona przed komisją była osądzana za niemoralność przez ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli okrucieństwa obozu. „Auschwitz to inny świat” – powiedziała na jednym z takich spotkań. – „Rządził się własnymi prawami, własną logiką. Prawa zmieniały się z dnia na dzień, z sytuacji na sytuację. My, którzy tam byliśmy, nie mogliśmy się wzajemnie osądzać. Tym bardziej wam nie wolno. To absurdalne, byście wy, siedząc tutaj, oceniali mnie.” Te słowa nie potrzebują komentarza, jednocześnie są ogromną podporą dla mojego stanowiska. Wielu z więźniów, którzy zdołali wydostać się z piekła obozów, trafili do kolejnego koszmaru, w którym wolni ludzie, zamiast okazać współczucie i dobroć serca, zachowują dystans i pozostają nieufni, jakby mieli do czynienia z osobą trędowatą. Nierzadko zdarza się tak, że oceniające społeczeństwo rani równie mocno, co pobyt w Auschwitz.

Wszystko więc sprowadza się do podziału na dwa światy – świata wolności oraz realiów życia za murem. Przed wojną każdy z więźniów miał swoje życie, rodzinę, pracę, marzenia i plany na przyszłość. Każdy też wyznawał konkretne wartości. Jednakże z nadejściem II wojny światowej, ich wierzenia i moralność zostały wystawione na próbę i z biegiem czasu, straciły jakiekolwiek znaczenie. To miejsca takie, jak Auschwitz, Dachau, Sachsenhausen zniszczyły dotychczasowy porządek świata; one i ich twórcy. Jak więźniowie mogli zachować się po ludzku, gdy za takich ich nie uważano? Dlatego też zaznaczę raz jeszcze moje zdanie: nie powinniśmy oceniać ludzi, którzy żyli w świecie tak odmiennym od naszego. Niezależnie od tego, na ile świadomi jesteśmy samych siebie i na ile cenimy swój kompas moralny, nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć, czy nas system wartości nie zostanie zburzony w sytuacji krytycznej. Dlatego też polemika oparta wyłącznie na naszych przypuszczeniach nie wnosi nic wartościowego, a jedynie zadaje dodatkowy ból.

Martyna Witek, kl. 3c