Moja historia…

Na początku cofnijmy się o jakieś 9 lat…

Otóż przedstawiam wam małą dziewczynkę, można śmiało powiedzieć niezbyt sprawną, zarozumiałą, rudą zołzę z predyspozycjami do spędzenia reszty życia ze swoim ”ja”, paczką chipsów, colą i najlepiej przed komputerem. Brak jakichkolwiek zainteresowań, no z wyjątkiem muzyki, śpiewu, to było coś, co już od najmłodszych lat nakręcało naszą główną bohaterkę. Nadszedł czas wybrania 4 klasy szkoły podstawowej, pierwsze zmiany, profile klas…
Językowa…. Ogólna…. Sportowa… Pierwsza rozmowa z rodzicami, dywagacje…
Zapadła decyzja. ”Czas zmienić swoje życie, zgłaszamy Cię do klasy sportowej, będziesz grała w koszykówkę” – powiedziała mama.
”O ile zdasz testy sprawnościowe, a chętnych jest wielu..” – delikatnie drwiąc, dodał tata.
Małolata nie do końca była zadowolona z obrotu sprawy… Klasa sportowa, treningi, bieganie od kosza do kosza… ”No bez jaj”…
Jednak powątpiewanie taty w zdanie testów i dostanie się do klasy potraktowała jako wyzwanie…
Nadszedł ten dzień, w którym wszyscy chętni uczniowie musieli pokazać dlaczego to właśnie oni mają zostać przyszłymi gwiazdami NBA/ WNBA. Bieganie, pomiary czasu, rzuty, wyniki, sprawność, jakieś dziwne notatki sporządzane przez trenerów… Oczekiwanie… Nie udało się… lista rezerwowych… No dobre i to, chociaż i rezerwowych jest wielu… W domu temat ucichł, chociaż dziewczynka miała żal, jej punkt widzenia się zmienił, chciała spróbować, być kimś…
Któregoś razu, po powrocie ze szkoły, mama przekazała jej radosną nowinę – ”Dzwonili z klubu sportowego, zwolniło się jedno miejsce w klasie, zostałaś przyjęta!” Ogromna radość, ale też chwila przejęcia… Tysiąc myśli naraz…”. Ale ja tam nikogo nie znam, przecież nie umiem grać, nigdy nie trenowałam… Obozy, kilka treningów dziennie, jak ja to przeżyję? Ciuchy! Przecież trzeba mieć odpowiednie obuwie, spodenki…”. I tak zaczęły się pierwsze zmiany. Gra drużynowa sprawiła, że zołza była już mniejszą zołzą, potrafiła dogadać się z rówieśnikami, zaangażowała się w treningi, porzuciła chipsy, colę (no może niezupełnie, ale nie były już nieodzownym elementem jej życia). Po 4 latach ”biegania za piłką” zmieniła się szkoła, trenerka, zespół… Już nic nie było jak wcześniej, w dodatku pojawiła się kontuzja… Wszystko to przyczyniło się do rezygnacji z dalszego trenowania.
Minęło pół roku, rehabilitacja… Brak ruchu… Znów parę kilo za dużo… Brak pomysłu na siebie…

Do pewnego momentu!
Ruda bohaterka wybrała się na pierwsze zawody swojego brata, który trenował zapasy. Ze zdumieniem oglądała pojedynki zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Miała również przyjemność poznać trenera, który zaprosił ją na trening. Dziewczynka jednak nie była przekonana… ”Bicie, turlanie się po jakiejś macie, to zupełnie co innego niż koszykówka. „Nie ma opcji, żebym się tu odnalazła” – pomyślała.
Na całe szczęście okazało się zupełnie inaczej… Trenerzy zadbali o wyleczenie kontuzji, bohaterka dostała również specjalną dietę, tym razem pożegnała się na dobre z niezdrowymi przekąskami… (i prawie 8 kilogramami!). Poznała masę świetnych ludzi, nauczyła się pracować nie tylko z innymi, ale również nad samą sobą. Zmienił się zupełnie jej charakter, podejście do życia i ludzi. Została sportowcem, zaczęła spełniać swoje marzenia, osiągać sukcesy.
A rolę tej małej zołzy odegrałam ja. Dziś zupełnie inna, już dorosła osoba, która dzięki wsparciu rodziców, treningom, poświęceniu, zrozumiała, jakie wartości są ważne w życiu oraz to, że czasem warto coś zmienić.

M.N.