Wagon miłości – felieton

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że bliskość drugiego człowieka działa na nas kojąco. Jak dobrze czasami oprzeć się o kogoś i odsunąć od siebie zmartwienia! Zawieramy zatem przyjaźnie i miłości, aby później odwdzięczać się za wcześniejsze życzliwe podanie dłoni. 
My, pasażerowie pociągów, nie narzekamy na brak bliskości. Codziennie przemierzamy kilometry do pracy, szkół, aż w końcu, do domów. Niezmiennie o tych samych godzinach stoimy na peronach i gapimy się w żółtą linię, która ostrzega nas, byśmy nie podchodzili zbyt blisko torów. Nikt się jednak jej nie słucha, a tym bardziej, gdy nadjeżdża nasz ulubiony „wynalazek ludzkości”. Jeden wagon przynosi nam wspaniałą nowinę – zamienimy się dzisiaj w wielką rodzinkę, której dzieci walczą o ostatni kawałek kurczaka z obiadu. 
Mężczyzna z kotem w transporterze blednie i wycofuje się ze zbitki ludzi, obawiając się o bezpieczeństwo swojego pupila, chyba pojedzie następnym. Pani w średnim wieku przepycha się na sam początek i naciska magiczny przycisk otwierania drzwi. Wychodzący ludzie nie mają z nią szans, wchodzi brutalnie do środka, prawie przewracając niskiego mężczyznę. Nie mam pojęcia kiedy, lecz w końcu znalazłam się w przedniej części pociągu. Większość miejsc została zajęta w kilka sekund, ja nie byłam pośród tych szczęściarzy. Stałam z ciężkim plecakiem, którego nie mogłam położyć na podłodze, bo wszędzie stopy i kolana. Trzymałam go raz w jednej ręce, raz w drugiej, ignorując wściekłe spojrzenia, kiedy przez przypadek uderzałam nim o czyjeś nogi. 
Nie musimy martwić się o chłód, nawet w zimę. Grzeją tutaj jak w piekle, a jeśli by nie grzali, to dziesiątki osób łaskawie chuchnie ci w kark, od razu będzie cieplej. 
Jak to bywa tutaj, nikt na siebie za długo nie patrzy. Zdążyłam jednak uchwycić wzrokiem młodego chłopaka, który próbował usiąść na wolnym miejscu. Miał ze sobą dużą torbę sportową i plecak. Przed tym jakiś mężczyzna uderzył go łokciem w nos (pan musiał położyć teczkę na półce), wysoka blondynka psiknęła mu perfumami w oczy (pocenie się jest dla zwykłych ludzi, ta pani pachnie oszałamiająco nawet w takim skwarze…), a nastolatek ze słuchawkami w uszach deptał mu po piętach, wyczuwając radarem puste miejsce. Chłopak w końcu usiadł, ulga pojawiła się na jego zmęczonej twarzy. Zmrużył oczy, chcąc odciąć się od bezlitośnie pochylającego się nad nim stada ludzi, gdy zauważył starszego mężczyznę. Stał on wyprostowany, nawet pod wpływem osób kręcących się wokół niego i wbijających mu łokcie w brzuch. Mogłam z łatwością odgadnąć myśli młodego pasażera, które objawiały się w całej jego prezencji. Zamknął mocno oczy i zrobił z ust podkówkę, nie walcząc, by ubrać na swoją twarz maskę, którą specjalnie na dzisiaj przygotował. Przez chwilę martwi się, jego ciało błaga, aby nie wstawał. Mimo to wstał i ustąpił grzecznie miejsca. Wszystkim zaświeciły się oczy na widok wolnej przestrzeni i poczuliśmy zazdrość – choćby to było brzydkie moralnie. 
Ktoś głośno przeklął i zaczął agresywnie wyzywać konduktora, tak samo jak i my ściśniętego. Konduktor zrobił się czerwony na twarzy, spróbował się obronić, lecz w końcu opuścił ze wstydem wzrok, choć do naszej wstrętnej sytuacji nie przyczynił się nawet palcem. 
Chłopak przeciska się z wielką torbą, plecakiem i wyczerpanym ciałem. Ludzie prawie na niego warczą. Kolejna wiązanka przekleństw i miażdżenie palców u stóp, współpraca idzie pełną parą. Na dobrą sprawę ktoś znowu, znawca biletów, atakuje konduktora, a ten w pąs… 
Zdecydowanie nie narzekamy tutaj na brak bliskości. Czasami mam ochotę położyć swoją zaspaną głowę na ramieniu jednego z tych obcych mi ludzi, jednak spotkałabym się z zażartą obroną przestrzeni osobistej i wieloma przykrymi epitetami. Ale do tego nasze społeczeństwo jest już przyzwyczajone…