„Ostatni król Szkocji” – kiedy władza staje się przekleństwem

Polityka, mimo kluczowej roli w państwie, wydaje się być tematem przeznaczonym tylko dla wybranych umysłów. Ukryta w teczkach, poważnych spojrzeniach czy pod eleganckimi garniturami, nie jest, jak się okazuje, odporna na wszelakie skandale czy kontrowersje. Postacie, o których myślimy, słysząc to określenie, wydają się odległe na linii czasu: Aleksander Wielki, Kaligula, Bismarck, Napoleon czy chociażby bliżsi naszym czasom Stalin, Hitler czy Lenin. Wydaje się, że czasy ludzi zniszczonych przez władzę, wręcz uzależnionych od niej, dawno minęły. Nasz świat wydaje się względnie spokojny, wręcz czujemy, że poczyniliśmy cywilizacyjny postęp, kiedy odkryliśmy, że problemy można rozwiązywać dyplomatycznie zamiast wypowiadać sobie wojny. Czy aby na pewno brak jawnej agresji wojsk to powód do twierdzenia, że wszędzie na świecie jest spokojnie, a ludzie żyją bez strachu? Czy aby na pewno nie ma już w naszych czasach ludzi gotowych poświęcić wszystko i wszystkich dla stołka?
            Reżyser Kevin MacDonald to specjalista od filmów dokumentalnych. Swoją karierę rozpoczął w latach 90. XX w., kiedy to wyprodukował kilka mało popularnych filmów biograficznych o żywotach Howarda Hawksa, Donalda Cammela czy Errola Morrisa. Pierwszy poważniejszy film jego autorstwa to: „Czekając na Joe” z 2003 r. opowiadający o wstrząsającej wyprawie Joe Simpsona i Simona Yatesa na Siula Grande w Andach. 3 lata później na ekranach kin pojawił się „Ostatni król Szkocji” również będącym niezwykłym dziełem o równie przerażającej fabule. Obraz ten, podobnie jak „Czekając na Joe”, przyniósł reżyserowi nagrodę i dwie nominacje. Pod koniec dekady reżyser stworzył kolejne dwie, mocne produkcje: „Wróg mojego wroga” prezentujący historię byłego oficera gestapo oraz „Stan gry”, świetny dramat z dziennikarzami w rolach głównych. W 2012 stworzył filmową biografię Boba Marleya, a w 2018 – uważany za jeden z najlepszych filmów dokumentalnych -„Whitney”. Choć przez większość Kevin MacDonald uważany jest za specjalistę od filmów dokumentalnych, na swoim koncie ma także kilka świetnych thrillerów i typowych filmów akcji.
            „Ostatni król Szkocji” opowiada prawdziwą historię, jednak niezwykle trudno jest nam w nią uwierzyć. Głównym bohaterem jest świeżo upieczony, szkocki lekarz Nicholas Garrigan, w którego postać wcielił się nieznany wtedy, a obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów, James McAvoy. Młody chłopak po skończeniu szkoły wydaje się mieć cały świat u stóp, może ubiegać się o pracę, gdzie tylko chce. Nie mogąc się zdecydować, swoją przyszłość powierza w ręce losu. Za jego sprawą młody, radosny, nieznający innego życia prócz luksusów chłopak wyjeżdża do Ugandy, by tam pomagać najbardziej potrzebującym, zamieszkującym wioski leżące nieopodal wielkiego miasta. Początkowo wszystko układa się po jego myśli: zbiera zachwyty tamtejszych kobiet, zapoznaje się z kulturą, obserwuje naturę, ma dostęp do dobrego jedzenia i picia. Nie musi ciężko pracować, gdyż będąc jeszcze stażystą, asystuje jedynie lekarzom, samemu pomagając pacjentom jedynie przy rutynowych badaniach lub lekkich urazach.
            Sielankowe życie lekarza zmienia się, gdy obserwuje ugandyjskie święto. Mieszkańcy wiosek biorą udział w powitaniu nowego przywódcy, mającego naprawić kraj po jego poprzedniku – tyranie. Generał Idi Amin (którego brawurowo zagrał Forrest Withaker, zdobywając zasłużenie Oscara), to wielka nadzieja Ugandy, człowiek stworzony do wybawienia kraju od nędznego losu. Uwielbiany przez tłum, zdobywa także sympatię młodego Garrigana ślepo podążającego za opinią miejscowych. W niedalekiej przyszłości Szkot udziela pomocy generałowi, który ulega wypadkowi. Ten, poruszony umiejętnościami medyka, proponuje mu wyjazd do stolicy, gdzie będzie mógł sprawować urząd jego osobistego lekarza. Chłopak pełen radości, że czyni krok naprzód, ulega usilnym prośbom generała i wraz z nim wyjeżdża do centrum Ugandy. Znów wydaje się, że los uśmiecha się do Nicholasa: zarabia świetne pieniądze, niczego mu nie brak, pomaga najważniejszej osobie w państwie, piastuje eksponowane stanowisko i zdobywa sympatię wielkiego wodza. Lekarz z czasem staje się jedynie maskotką Amina, który wydaje się niezdolny do życia bez swojego medyka-asystenta-doradcy- przyjaciela rodziny. Z biegiem wydarzeń chłopak jest świadkiem coraz to radykalniejszych decyzji przełożonego i agresywniejszych zachowań. Garrigan z czasem zauważa, jak niszczycielska staje się władza w rękach jednego człowieka i do jakich zaburzeń w normalnym życiu prowadzi. Sielanka zamienia się w labirynt bez wyjścia, a Nicholas rozpoczyna ślepy bieg, próbując za wszelką cenę wydostać się spod twardej ręki „Nowego króla Szkocji”.
            Film ten jest nie tylko przerażającym dokumentem o Holocauście dokonanym na terenach Ugandy, ale też przestrogą dla wszystkich domagających się władzy. Wielokrotnie w naszym życiu słyszymy wypowiedzi przy rodzinnym stole: „Mówię wam, gdybym ja był przy władzy, to bym (…)” i w tej kwestii skupia się cały sens tego filmu: wymiana tyrana na tyrana, wymiana prostego człowieka z ludu na innego człowieka z ludu, który głośniej krzyknie, że on jeden może naprawić kraj. Historia przedstawiona w filmie MacDonalda negatywnie odnosi się także do koncepcji rewolucji, która – jak się okazuje – prócz trupów nie przynosi większych zmian w systemie rządów prócz zmiany twarzy. Oprócz tego widz doświadcza trudów dzierżenia władzy; ukazana jest mentalność człowieka, któremu lud patrzy na ręce, który świadomy łatwości przeprowadzania zamachów na rządzących, wszędzie doszukuje się spisków. „Ostatni król Szkocji” to obraz ciemnej strony władzy, pokazujący, jak niszczycielską może mieć siłę, gdy wpadnie w niepowołane ręce.
            Produkcja trzyma wysoki poziom, od początku do końca jest świetna i co najważniejsze, przekonująco realizowana. Profesjonalne podejście aktorów do ról genialnie współgra z ciężarem, jaki na swoich barkach nosi każda z postaci. Podsumowując dzieło Kevina MacDonalda, mogę jedynie powiedzieć, że nie zawsze zrezygnowanie z tytułu króla musi oznaczać przegraną; w niektórych przypadkach warto poświęcić koronę dla dobra ogółu.

 Michał Korek, klasa II E_G